Midrasze Chrześcijańskie

Kobieta z Samarii

Judea. – Gdyby zapytać wędrowca, co utkwiło mu w pamięci z jej krajobrazów, powiedziałby pewnie: lasy i skały, skały, skały. A wśród nich strzelające w górę osty. Jak dalece szorstkość tego krajobrazu rzeźbiła ludzkie charaktery Jezus mógł się przekonać na własnej skórze. Był tu od niedawna, a już faryzeusze nakarmieni pogłoską, że pozyskuje sobie coraz większe rzesze uczniów, że chrzci więcej niż Jan, ostrzyli swą wrogość jak brzytwę. Nadeszła więc pora, by na pewien czas pożegnać się z górzystym krajobrazem, rześkim powietrzem, którego tak niewiele uchowało się w palącym słońcu, co już od miesiąca lało swe promienie niczym płonącą lawę. Pozostać tu dłużej oznaczałoby, nazbyt ich rozdrażnić. A w przypływie gniewu potrafią być nieobliczalni i przed aktem zemsty nie powstrzyma ich nawet gorąca sympatia, jaką coraz liczniejsze tłumy darzyły nowego proroka. Tu w Judei niepodzielnie stali na straży prawowierności i podejrzliwość była ich naturalną reakcją na każdy powiew nowości.

Trzeba zatem skierować się na północ, do Galilei. Ludzie tam życzliwsi i bardziej otwarci, a zieloność rodzimych pagórków, przez większą część roku pokrytych dywanami wielobarwnego kwiecia, soczystość oleandrów, cień sykomor, łany pszeniczne, smak łuskanego jęczmienia zawsze przywodziły na myśl wspomnienia z dzieciństwa. To prawda, że najoschlej przyjmują proroka w jego własnej ojczyźnie, ale pomimo tego zawsze chętnie wracał do ziemi lat dziecinnych.

Jezus postanowił powiadomić uczniów o swej decyzji. Nie zostało wiele czasu na przygotowania do żmudnej drogi, zwłaszcza, że zamierzał przejść przez Samarię. Sam nie bardzo jeszcze wiedział, dlaczego, ale już od dłuższego czasu gotował się w sobie, by przejść przez tę krainę. Nie chciał więc bronić się dłużej przed myślą, która natrętnie wzbierała w nim właśnie wtedy, gdy próbował oddalić wszelkie myśli, obraz tłumów, nawoływania cierpiących, ich jęki, charczenia, po to, by na pewien czas zatopić swe umęczone jestestwo w Tym, który Jest. Szczęśliwe te chwile, źródło prawdziwego ukojenia nierzadko mącił jakiś nieprzypadkowy, nieproszony gość szukający proroka. Dobrze, jeśli nie ciągnął za sobą innych podobnych mu zatraceńców, wówczas przekonanie ich, że i prorok potrzebuje wytchnienia graniczyło niemal z cudem. Wielu z nich przez całe życie nie widziało lekarza. Ciała ich nosiły oznaki wszelakich chorób i kalectwa, niczym zmazę najgorszą, karę za popełnione grzechy. Nic dziwnego, że ciągnął za Jezusem tłum nieprzebrany pokalany cierpieniem w nadziei, że jego spojrzenie czy dotyk zdołają wymazać ciążące na nim piętno.

Ledwie słońce zdążyło ukryć swą płonącą tarczę za wzgórzami, a już gęsty mrok osunął się w doliny, by tam gościć, póki go nie rozproszy przemożna światłość poranka. Trzeba już schodzić. Jan, Jakub, Piotr, nie śpią zapewne. Czekają jak zwykle jego przyjścia. Zawsze, gdy o tak późnej porze staje przed nimi, w ich spojrzeniach przebija wyraźna ulga, którą niezręcznie starają się ukryć w potoku słów i gestów.

-O świcie ruszamy do Galilei, trzeba nam gotować się do drogi - oznajmił w progu.

-To, co konieczne zdążymy zebrać przed świtem. Idąc doliną Jordanu nietrudno będzie o wodę i strawę - rzekł Piotr i ziewnął wymownie.

-Trzeba nam przejść przez Samarię –ciągnął Jezus -...

-Przez Samarię? Po co? Czyśmy poganie? -pytali jeden przez drugiego z nieskrywanym zniecierpliwieniem.

-Panie, będą nam wytykać, że lekceważymy Prawo- dorzucił Piotr - wiesz przecież, że nam Żydom nie brakuje powodów, by tamtędy nie chodzić.

-Droga to niełatwa... Trudno na niej o wodę, żywność... Do tego w Samarii... – argumentował Jakub, choć już bez przekonania, widząc, że nie jest to decyzja powzięta naprędce. Co więcej, był pewien, że Jezus gotów jest wyruszyć sam, jeśli ich wahanie weźmie górę, a tego nie chcieli. Sam się dziwił, jak to się dzieje, że do niedawna decydowali o życiu swych żon dzieci, sług, a w obecności Jezusa, wobec jego nieprzewidywalnych postanowień ogarniało ich poczucie niemocy, niepewności, tak dalece, że czuli się jak rozproszona trzoda owiec, które bez swego pasterza nie wiedzą, dokąd się udać. Przy nim wszystko, co było na trwale, od wieków i na wieki ustalone, przestawało być oczywiste. Dręczyło ich to okrutnie, tak jakby ziemia nagle osunęła im się pod stopami, ziemia, po której chodzili ich ojcowie, i ojcowie ich ojców, co swymi krokami wytyczyli dla potomnych owo Prawo, które było jak Bóg nieprzemijające, nieodwołalne, święte. Było drogą w labiryncie, światłem w mroku, prawdą pośród doktryn, od których roiło się naokół jak od ludzi. Jakże trudno było żyć zanim go poznali. Zdawało im się, że owo pójdź za mną, łagodność jego oblicza, prostota jego słów, rozjaśnią piętrzące się wątpliwości, a tymczasem im dłużej z nim przebywali, tym mniej rozumieli. Mówił często o sprawach tak niejasnych, tak niemożliwych, tak nieprzystających do gwałtowności życia, które równie gwałtownie kochali, że jego słowa o miłości nieprzyjaciół, przebaczeniu, oddawaniu płaszcza, tysiącu mil....paraliżowały ich umysły, myśli wyrywały się z dotychczasowego porządku i płynęły jak rwący, wezbrany potok zrywając mosty przekonań, rozsadzając tamy logiki. A i teraz poczęło ogarniać Jakuba owo jakże znajome już uczucie bezsilności, zmieszane z odruchami buntu. Myśli jak natrętne muszyska mąciły spokój tych nocnych godzin. Chcąc rozładować narastające w nim napięcie zerwał się na nogi i począł bezładnie krążyć jakby w poszukiwaniu owych rzeczy, które mieli ze sobą zabrać. Za nim i pozostali jęli się podnosić. Nadzieja na rychły odpoczynek rozwiała się w mrokach nocy.

Nie tylko Jakub myślał ze wstrętem, o tym, że przyjdzie mu iść przez Samarię, ten pokalany grzechem zakątek, w którym nie było miejsca dla pobożnych Żydów. A za takich się przecież uważali. Dlaczego on wystawia ich pobożność na tak wielką próbę. Co powiedzą najbliżsi? Znów będą mieli powód do drwin. Prorok wyrzucający kupczących ze świątyni, a teraz wiodący ich przez Samarię... To niemal tak, jak przejść przez cuchnący od rozpadających się ciał lazaret. Uczeni w piśmie mawiają, że krew wieprza czystsza jest od krwi Samarytanina. O Boże Izaaka, Boże Jakuba, czy to Twój Mesjasz, na którego od wieków czekamy? Tylu ich już było. Rodzice Jakuba pamiętają nawet jednego. Tłumy słuchały jego nauki, uzdrawiał, pościł zdawało się, że to on - wysłaniec Odwiecznego, i co...!? Wszyscy wiedzą jak marnie skończył. Ukrzyżowany jak najgorszy przestępca za podżeganie do buntu przeciwko Rzymowi.

Mimo woli spojrzał ukradkiem na Jezusa. Stał pochylony nad bukłakami wody. Jego postać, rysująca się w blasku pochodni, tchnęła spokojem. Bladość twarzy kontrastowała z czernią opadających na jasną, lnianą szatę kędziorów. Znużenie wyostrzało mu rysy nie burząc wcale harmonii oblicza. Przeciwnie, właśnie wtedy, gdy trudy dnia czaiły się z zakamarkach ust, kącikach oczu, można było patrzeć w nie, jak w bezkresny ocean, i w samym widoku znajdować ukojenie.

Jezus odwrócił się z wolna jakby nie chcąc spłoszyć utkwionego weń spojrzenia. Wiedział, że winien im parę słów wyjaśnienia. Ale sam jeszcze nie przejrzał swych własnych motywacji, nie chciał zaś wlewać niepewności w ich i tak już niespokojne serca. Spojrzał, więc na Jakuba, ale ten wkładał już prażone ziarno do zgrzebnych worków. Milczenie jego i pozostałych, jakże wymowne, nie dotykało go wcale, nie miało siły ranienia. Ich bunt napiętnowany lękiem przed nieznanym, miał wszelkie racje bytu. Nie mógł im pomóc. Kruchość ich człowieczeństwa stanowiła skuteczną zaporę przed jego kojącym słowem. Miał jedynie nadzieję, że zmęczenie przemoże kotłujące się w nich myśli i pozwoli im spocząć w rozwartych jeszcze przez parę godzin ramionach nocy.

Nazajutrz ruszyli przed świtem. Szczęśliwie mieli ze sobą osła, w którego wspaniałomyślnie wyposażył ich Łazarz. Bez niego droga wydłużyłaby się o dzień cały i byłaby o wiele uciążliwsza, ponieważ wszystko to, co niósł poczciwy kłapouch musieliby dźwigać sami. Nie wadziły mu juki, wypełnione wodą i jadłem, zwieszone po obu stronach łęku. Człapał obok nich ze stoickim spokojem, zatrzymując się od czasu do czasu, by w ocienionych zagłębieniach terenu poszczypać resztki podeschłej trawy. Widać miarkował swym oślim rozumem, że już za kilka dni nie uświadczy w tej okolicy ani suchego wióra.

Rześki poranek szybko rozproszył znużenie po nazbyt krótkiej nocy. Dziarsko podążali na północ w promieniach wschodzącego słońca, które barwiło pogórza Judei wszelkimi odcieniami różu. Na krótko tylko, doliny nie wyłaniały się jeszcze z jednostajnej, sennej, ponocnej szarości, bo oto za chwilę słońce wdarło się w nie przemożną siłą swego tęczowego blasku. W duszy im wtedy zaśpiewało i na usta prosto z serca wypłynęło poranne Szema Izrael...

Tylko Piotr wyrzucał przed siebie nogi, jakby od niechcenia i widać było, że gniew, co do rana nie pozwolił mu zmrużyć oka, nie opuścił go wcale i czaił się teraz w zasępionym spojrzeniu. By nie dać po sobie poznać rodzaju myśli, które kotłowały mu się pod bujną czupryną, wbijał wzrok w czubki sandałów.

-Co ja tu robię- pytał sam siebie- Jeszcze parę miesięcy temu, o tej porze zarzucałbym sieci razem z Andrzejem, tak jak to czyniliśmy od lat. Ojciec nasz, stałby obok spoglądając to na nas, to na łagodną toń jeziora. Starowina ma już swoje lata, a większość z nich przepędził na łodzi. Nie potrafił jednak pogodzić się z myślą, żeśmy wyrośli i że nie musi już trudzić się rybołówstwem. Gdy tylko aura sprzyjała byle jaki pretekst gnał go z nami na jezioro.

-Co ja tu robię?- to pytanie powracało jak bumerang, by uderzać z całym impetem w zbitek pogmatwanych myśli, które ciążyły Piotrowi jak młyński kamień. - Może powinienem dalej łowić ryby, a nie wałęsać się po górach. Pracą zarabiać na chleb, a nie liczyć na mannę z nieba. Tłumy towarzyszą nam niemal wszędzie, łakną słów proroka. Aż dziw, że ich tu teraz nie ma, może dlatego, żeśmy tak niespodzianie ruszyli w drogę, tylko gospodarzowi podziękowawszy za gościnę. O Boże Izaaka, Boże Jakuba, przecież ja nie mogę już żyć bez niego. To nie dlatego nawet, że zna odpowiedź na wiele dręczących mnie od lat pytań, ale czasem odnoszę wrażenie, jakby to on sam był odpowiedzią. O Boże, gdyby on wiedział, o czym ja teraz myślę- i podniósł mimowolnie wzrok... po czym wbił go na powrót w czubki sandałów, by przypadkiem nie napotkać spojrzenia Jezusa, który drgnął znacząco jakby... no właśnie, jakby wiedział.

To nie pierwszy już raz Piotr odnosił wrażenie, że Rabbi czyta mu w myślach. Pewności nie miał, bo w podobnych okolicznościach nigdy nie zamieniali ze sobą słowa. Rabbi w ogóle mawiał niewiele. Często nie zagadnięty przez nikogo, potrafił milczeć wiele godzin z rzędu. Ale tak naprawdę ową powstałą ciszę, wypełniał gestem, spojrzeniem, po prostu tym, że był. Tak, był obecny. Właśnie ta obecność, jej pełnowymiarowość pociągała Piotra najbardziej. Pomyślał nawet raz: „Oto Ten, który Jest”, ale zaraz opamiętał się, a w uszach zabrzmiał mu głos ojca „Nie przywołuj imienia twego Boga nadaremno”. Czuł jednak, że ta przelotna myśl, zapuszcza nieśmiało korzeń w jego sercu, i tylko lęk przed Najwyższym nie pozwalał mu snuć podobnych rozważań. Wielu przed nim głosiło wyzwolenie, uzdrawiało chorych, głosiło wolność uciśnionym, a wszędzie tłumy nie odstępowały ich ani na krok. Nietrudno pozyskać spragnionych obiecując im wodę. On także upodobał sobie w Am-Haarec. Piotr czuł jednak, że nie uzdrawia ich tylko po to, by po latach odzyskiwali mowę, wzrok, władzę w nogach czy w rękach. Czuł, że nie samo uzdrowienie było jego ostatecznym celem. Ale cóż innego, jeśli nie to właśnie. Cóż mogło być cenniejszego nad życie, nad zdrowie. Nie potrafił odpowiedzieć sobie na żadne z tych pytań, a wstydził się, po raz kolejny, pytać o to samo. Jezus tłumaczył im wszystko z największą prostotą, a ciągle czegoś nie rozumieli, albo pojmowali całkiem opacznie. Te niewyjaśnione sprawy piętrzyły się między nimi na kształt warownego muru. A teraz to przejście przez Samarię. Niegdyś, ilekroć przemierzał kraj z południa na północ, szedł przez Pereę rozciągającą się po drugiej stronie Jordanu. To prawda, że droga wydłużała się o jakieś dwa dni, ale przynajmniej sumienie nie dręczyło go tak jak obecnie.

Z tyłu dobiegły go ożywione głosy Jakuba i Jana rozprawiających o czymś żywiołowo. Obejrzał się. Szli gestykulując żywo, a na ich ogorzałych twarzach malowało się podniecenie i jakaś podniosłość zarazem. Wesele...., woda.... co rusz dolatywały go strzępy rozmowy. Tak, byli razem w Kanie, gdy stała się rzecz niesłychana. Zwykła woda, za sprawą Jezusa, stała się najprzedniejszym winem. I w nim ożywił się obraz tamtego zdarzenia i w serce poczęło się wlewać tamto błogie uczucie dumy i uszczęśliwienia, które zawładnęło nim, gdy starosta weselny począł zachwalać wino. Widział przecież jak słudzy lali w stągwie źródlaną wodę...

Naraz spostrzegł, że nie było z nimi Jezusa.

-Gdzie Pan? -zawołał-

-Kazał nam podążać naprzód, a sam został nieco w tyle- odparł Jakub, poczym wrócił do przerwanego dyskursu.

Piotra tknął niepokój. Machinalnie zawrócił, wetknął powróz Janowi i gnany jakimś niewyraźnym przeczuciem pospieszył w stronę Jezusa.

-Czemu zawracasz?- zapytał Jakub.

-Rozłóżcie się w cieniu tamtego wyłomu. Czas odpocząć - i nie tracąc chwili na dalsze wyjaśnienia, dodał kroku.

Wiedział ile niebezpieczeństw czyhało na samotnych wędrowców szczególnie na takich jak Jezus, co nie kwapią się do noszenia broni. Wilki stepowe, karakale, a i grubszej zwierzyny nie brak było w okolicy. Nadto rabusie nabatejscy, prawdziwe utrapienie podróżnych, mogli być zawsze pewni łupu, bo nawet niezamożni wędrowcy mieli przytroczoną do pasa sakiewkę odłożonych na drogę zaskórniaków. Nie stać by ich było na utrzymanie w podróży sług czy jucznych zwierząt, do dźwigania tego wszystkiego, co konieczne w drodze. Musieli więc zachodzić do miast dla zakupu żywności.

Ile razy go prosił, by zaopatrzył się przynajmniej w jakiegoś drąga - na nic. Czasem zachowywał się po prostu jak dziecko. Troska i niepokój przydawały energii znużonym nogom. Maszerowali już przecież od wielu godzin, nieprzerwanie. Pokonał zakręt i oczom jego ukazał się rozległy widok na pogórze Judei. Nieopodal dostrzegł Jezusa. Siedział oparty o skałę. Wzrok miał utkwiony w panoramę gór. Najlżejszy szmer nie mącił ciszy. Piotr wstrzymał krok, by nie narzucać swej obecności, wstydząc się nieco, że tak szybko dał się ponieść obawom, a wtedy Jezus zwrócił ku niemu uśmiechniętą twarz.

-To miło mieć anioła stróża – rzekł. Piotr zmieszał się na te słowa. Nie chciał, by go uważano za nazbyt lękliwego, ale nie widząc w spojrzeniu Jezusa niczego oprócz wdzięczności, przestał żałować, że go szukał. Chmurny nastrój odbiegł go zanim się spostrzegł. Pan podniósł się, strzepnął szatę i razem już podążyli w kierunku dwóch pozostałych.

-Odpoczniemy nieco, aby skwar nie dał się nam nadto we znaki. Najdalej jutro po południu dojdziemy do studni Jakuba, gdzie uzupełnimy zapasy wody i żywności.

Szli obok siebie krok w krok. Słońce mimo szat, mocno przypiekało głowę i ramiona, pył unoszący się spod sandałów sięgał kolan. Jego lotne cząsteczki drażniły śluzówki w nozdrzach, ale ani Jezus, ani Piotr nie zwracali na to uwagi. Cieszyli się sobą, a każdy miał po temu swoje własne powody.

Jakuba i Jana zastali w trakcie przygotowania posiłku. Uwolnili od ciężaru grzbiet osła, by i on nabrał sił przed dalszą drogą. Przeżuwał właśnie podetkniętą przez Jana wiązkę siana.

Jezus i Piotr chcieli przede wszystkim zaspokoić pragnienie. Pili długo i chciwie. Dopiero po dłuższej chwili, odmówili błogosławieństwo i zabrali się za chleb z kozim serem, oliwki i figi przyniesione przez Łazarza. Zaczynał się właśnie okres ich pierwszego dojrzewania. Ich ponowny wysyp będzie zwiastował nadejście pory deszczowej.

-Panie, czego chciał od ciebie ten faryzeusz w Jerozolimie?- zagadnął Jezusa Jan.

-Chodzi ci o Nikodema, tego, który przyszedł do nas nocą, gdyśmy już układali się do snu?

-Właśnie o niego.

-Powiem wam w drodze. Teraz odpocznijmy nieco. Ja zacznę wartę, potem zbudzę Piotra...

Rozesłali więc płaszcze na ziemi i ułożyli się do snu. Wkrótce senne pomruki wypełniły skwarną ciszę.

Tymczasem Jezus przysiadł w cieniu wyłomu i poddał się napierającym wspomnieniom. Udał się myślami do domu Łazarza. Ostro jak na jawie wykwitł przed nim obraz Marii wybiegającej mu na spotkanie. Zanim podążyła ku niemu wywołała z domu Martę. Kochał Łazarza, kochał obie jego siostry. Byli mu jak najbliższa rodzina. Ba, odkąd zaczął nauczać, jego kuzyni nie raz go wydrwili. Bardziej niż inni wątpili, by ten, na którego wszyscy czekali, mógł wyjść z Nazaretu...

A przyjaciele z Betanii, nie tylko nie naśmiewali się, ale wspierali go, jak umieli. Szczególnie Maria była drogą mu powiernicą. Jak nikt potrafiła wysłuchać i przyjąć w siebie to, co inni odrzucali. W niej słowo stawało się ziarnem, któremu pozwalała kiełkować, zabiegając o nie, jak najlepszy ogrodnik. Z tkliwością myślał o niej. Pragnął, by mężczyzna, którego pokocha pielęgnował w niej tę niezwykłą wrażliwość. Wdzięczność wzbierała mu w sercu, a szczęśliwość łzami napełniała zmęczone od słońca oczy. Usta mimowolnie zaczęły szeptać: Ojcze, dziękuję... Czuł, że wszechobecna Miłość zacieśnia wokół niego swój korowód.

Nagle, w łagodny strumień myśli wdarło się wycie stepowej hieny. Ocknąwszy się z rozmyślań, trącił lekko ramię Piotra. Ale ten już nie spał. I jego przeciągły skowyt wytrącił ze snu. Jezus zajął jego miejsce na płaszczu i po chwili zasnął.

Ruszyli koło godziny czwartej po południu, gdy słońce z pionu przechyliło się nieco ku zachodowi.

Popołudnie upłynęło im na rozmowie o Nikodemie. Dopiero gdy tarcza słoneczna okryła się czerwienią, jęli rozglądać się za bezpiecznym miejscem na nocleg. Natknęli się na obszerną pieczarę. Pewnie kiedyś mieszkali tu ludzie, bo na dnie znaleźli wydrążoną w skale gruszkowatą cysternę. W czasie pory deszczowej musiało tu spłynąć sporo wody, skoro i teraz jej nie brakowało. Szarzało już, gdy rozniecali ogień.

Pozostało im tylko zabezpieczyć wejście przed niepożądanymi, czworonożnymi gośćmi. Nacięli, więc kolczastych pędów akacji i wysokich ostów, których wkoło nie brakowało i wzniesioną z nich zeribą, zagrodzili wejście do jamy. Po wieczerzy, zapadli w głęboki sen.


Nazajutrz, o świecie, posiliwszy się przed drogą, ruszyli przed siebie.

-Trzeba nam poszukać jakiejś osady, byśmy mogli uzupełnić zapas wody nim dotrzemy do granic Samarii- nadmienił przezornie Piotr-

-Piotrze, Piotrze –czyżby Samarytanie nie mieli pitnej wody?- zapytał Jezus.

Piotr nie odpowiedział, nie miał najmniejszej chęci rozgrzebywać tematu. A już na pewno nie chciał, znów znaleźć się we władzy wczorajszego fatalnego nastroju.

-Zrobię jak zechcesz- mruknął pojednawczo, ucinając niewygodny wątek.

Przed nimi, w oddali rysowały się tarasowe wzgórza Samarii. I tutaj, woda była na wagę złota. Po zimowej porze deszczowej, która przywracała do istnienia całe połacie spopielałej ziemi, nastawały miesiące letnie, w których nie spadała czasem kropla deszczu i wszystko to, co zroszone wodą zmartwychwstało, na powrót ginęło w rozpalonym słońcu. Człowiek jednak, który nie przestaje ani na chwilę licytować się z naturą o prawo do życia, wyżłobił w kamiennych zboczach schody, i naniósł na nie ziemi. Teraz ulewne deszcze zamiast spływać bez przeszkód po zboczach i ulatniać się w słońcu niewykorzystane, zatrzymują się na tarasach, przemieniając ugór w żyzną glebę. Ta zaś karmi wplecione w nią korzenie drzew oliwnych, cytrusów czy granatów.

Widok, jaki roztaczał się przed nimi, wbrew wszystkiemu napawał ich dumą. Wiedzieli, że przybywający tu obcokrajowcy, podziwiali i opisywali samaryjskie tarasy, a także inne osiągnięcia w zakresie irygacji niełatwych do ujarzmienia południowych krain. Ziemię tę zamieszkiwali niegdyś patriarchowie. Nosi ona ich groby i mimo całej niechęci do Samarytan, przemierzanie tej krainy ożywiało w zakamarkach pamięci opowieści o wielkich przodkach.

Gdy tak posuwali się naprzód, oczarowani rzeźbą uroczej krainy, stało się coś, czego nie życzy sobie żaden wędrowiec. Oto wystający z ziemi ostry jak brzytwa piszczel zranił dotkliwie śródstopie Jezusa, utorowawszy sobie drogę ukośnie tuż nad podeszwą sandała. Samo zatamowanie krwi i założenie opatrunku zajęło im niemało czasu, ponieważ nie byli przygotowani na taką ewentualność. Przykry incydent co najmniej o pół dnia opóźni dotarcie do Sychem, nie mówiąc już o tym, że każde stąpnięcie przysparzało Jezusowi sporo bólu. Piotr nie namyślając się długo rozkulbaczył osła. Przydzielił każdemu część bagażu, a Jezusowi pomógł usadowić się na grzbiecie zwierzęcia. Nie przyspieszy to marszu, ale przynajmniej zaoszczędzi mu nieco cierpienia.

Niepokój znów wkradł się Piotrowi do serca. -Teraz trzeba tylko byśmy natknęli się na jakiegoś zwierza albo rabusiów. Jak tu uciekać? Trzeba 3-4 dni, aby mógł jako tako chodzić. Mówiłem, żeby się tu nie pchać. Gdybyśmy szli wzdłuż Jordanu to bylibyśmy już nieopodal Amatos. Tam przynajmniej miałbym kogo prosić o gościnę, a pewnie w ogóle nie byłoby takiej potrzeby. To znak, że nie powinien był nas tu ciągnąć. Ma teraz za swoje- burzył się w duchu, ale zaraz gniew jęło wypierać współczucie, gdy dojrzał ukradkiem zatroskanie malujące się na twarzy Jezusa. Nie martwił się o rozkrwawioną stopę, ale o to, że musieli teraz dźwigać ciężkie juki. Jeszcze ten upał trudny do zniesienia. Na szczęście Opatrzność ich nie opuszczała i nic złego nie wydarzyło się ani za dnia, ani nocą. Sen pokrzepił ich za to, więc wczesnym świtem ruszyli w drogę. Od Sychem dzieliło ich jeszcze pięć, może sześć godzin wolnego marszu. Nastroje mieli o wiele lepsze. Zapewne widok zielonawo – srebrzystych gajów oliwnych, soczystej zieleni cytrusów piętrzących się tarasowo niczym armia w bojowym szyku, przysposabiał ich zgoła odmiennie niż monotonne skały Judei. Przed jedenastą, Jezus widząc, że siły uczniów prędko topnieją w upale, zszedł z osła i pomimo ich oporu, puścił się przodem mocno kuśtykając. Nie pozostało im nic innego jak okulbaczyć na powrót kłapoucha i podążyć za oddalającym się z wolna Jezusem. Gdy pozbyli się ciężaru, skrzydła jakby przyrosły im do ramion. Jan i Jakub dobiegłszy Jezusa ujęli go pod boki, aby nie rozkrwawił na powrót rany, która dopiero zaczęła się zabliźniać. Przed nimi wyłoniły się z dali Hebal i Garizim, góra przekleństwa i góra błogosławieństwa. Ich podnóża schodzą się niemalże tworząc wąskie gardło. Od wieków jest ono traktem dla wędrowców zapuszczających się w te strony. Jeszcze przed stu laty na Garizim wznosiła się świątynia Samarytan. Jan Hirkan chcąc przekonać Żydów o prymacie Jerozolimy, zamienił ją w stertę kamieni. Co roku jednak pobożni odszczepieńcy napływają tu zewsząd, aby wspólnie świętować Paschę.

Wreszcie dotarli na miejsce. W cieniu palm szemrało źródło, nad którym ojciec ich, Jakub, wzniósł studnię. Choć byli bardzo spragnieni, bez czerpaka nie mogli się napić świeżej wody. Zadowolili się więc resztkami, jakie uchowały się w gorących bukłakach. Przybyli o parę godzin za późno. W południe mało kto przychodzi po wodę. Nie pozostało im więc nic innego, jak udać się po żywność do Sychem, które rozciągało się zaledwie 5 stadiów drogi stąd. Jezus tym razem wolał zaczekać na nich w cieniu palm. Przysiadł na studni i wsparty o pień drzewa zatopił się w myślach. Ziemia skwierczała w spiekocie, jakby tysiące owadów przecierało sobie szlak w jej rozpalonych bruzdach, powietrze nabrzmiałe gorączką drażniło śluzówki wysuszone pragnieniem. Krople gęstego potu, jedna za drugą, pełzały po rozpalonej słońcem twarzy. Dopiero teraz zmęczenie dawało znać o sobie. Nieproszone przenikało każdą część ciała, zagnieżdżało się w jego zakamarkach, tak, że nawet myśl o ruchu stawała się nie do zniesienia. Od zranionej stopy wciąż nowe fale bólu, pięły się niestrudzenie w górę nogi. Ale najdotkliwiej odczuwał głód. Od rana nie mieli nic w ustach. Wczoraj rozdzielili między sobą resztki jedzenia. Wnętrzności jednostajnym bólem domagały się pokarmu.

Panującą ciszę zmącił odgłos czyichś kroków. Do studni zbliżała się kobieta z dzbanem wspartym o biodro.

Szła zamyślona. Przypadkiem natknęła się dziś na Leę – córeczkę z drugiego małżeństwa. Od wielu już lat nie wolno jej było się z nią widywać. Lea nie była sama, więc w milczeniu wymieniły między sobą pozdrawiające spojrzenia. Wydoroślała bardzo ostatnimi laty, wypiękniała. Podobno mają ją wydać za Jehudę. Żal dławił jej serce na myśl, że to nie ona wprowadzi ją pod ślubny baldachim, a piekące łzy wezbrały w oczach. Nieopodal studni, podniosła wzrok i ujrzała obcego mężczyznę na cembrowinie. Odruchowo zwolniła nieco, ale po chwili przemogła wahanie i wyrównała krok. Co prawda w pobliżu nie było nikogo, ale była już za blisko, by się wycofać. Nabrała pewności widząc, że jest zmęczony i chyba ranny, sądząc po nieudolnym opatrunku opasującym stopę. Gdy przywiązywała koniec liny do dzbana usłyszała: „Daj mi pić”-

Tamar, bo tak miała na imię, poznała wtedy, że jest Żydem. Odżyły wówczas zastałe animozje, brzęknęły w uszach obelżywe pokrzykiwania: Lepiej mięso wieprza niż woda z ręki Samarytanina... i nie bacząc już na to, że ma przed sobą człowieka zmęczonego i spragnionego, którego Tora każe napoić- odparowała:

„Jakżeż ty, będąc Żydem, prosisz mnie Samarytankę, bym ci dała się napić?”- po czym zajęła się opuszczaniem dzbana. Ciszę przerwało tylko uderzenie naczynia o lustro wody.

„Dlaczego milczy? Na jego miejscu każdy inny poczęstowałby mnie jakim obraźliwym słowem, a on nic, tylko patrzy przed siebie - dziwak jaki”- myślała.

Cisza trwała. Tamar, pożałowała ostrego tonu, jakim przyjęła obcego. Przez impulsywność swej natury często zdarzało jej się powiedzieć coś, co gotowe leżało na jej wargach, chociaż serce podpowiadało coś innego. Tak było i teraz. Koleje życia wyzuły ją niemal całkowicie z łagodności, ale tak naprawdę serce jej nadal było siedliskiem dobroci i wielu niespełnionych pragnień.

Naraz obcy przemówił w te słowa: „Mówisz tak, bo mnie nie znasz. Gdybyś wiedziała, kim jest ten, kto ci mówi: „Daj mi pić”- prosiłabyś go wówczas, a dałby ci wody żywej”- a w głosie jego nie znać było ani gniewu, ani urazy.

Tamar, która już dość miała w swoim życiu męskich próśb o cokolwiek, a przy tym słowa te wydały jej się całkiem niedorzeczne, odparła:

-„Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej?” to powiedziawszy, uwolniła od węzła pełen lodowatej wody dzban. Naraz przypomniała sobie, że migotliwe lustro wody samo unosiło się, gdy pochylał się nad nim ich wspólny przodek i dodała na koniec trochę zaczepnie: „Czy ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie, i jego bydło?”

Ale tamten, jakby czekał na to porównanie, ciągnął dalej: „Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą ja mu dam stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu”. Powiedziawszy to skierował na nią swój wzrok, a malowało się w nim tyle serdeczności, że Tamar, choć nie bez wstydu, zatopiła swoje oczy w jego ciepłym spojrzeniu i ogarnęło ją dziwne uczucie. Poczuła się niczym strudzony tułaczką żeglarz, który zawinął wreszcie do upragnionego portu. Nigdy dotąd nie spotkała w oczach mężczyzny podobnej serdeczności, tkliwości jak u tego nieznajomego Żyda. Lęk o to, że śmiałość, z jaką na niego patrzyła zostanie niewłaściwie odebrana, opuszczał ją z wolna ustępując miejsca ufności. Nie pamiętała nawet, kiedy to uczucie ostatnio w niej gościło. Może jak była dorastającą dziewczynką. Zakochała się wtedy w Danielu. Wiedziała, że nie była mu obojętna. Nim jednak zdążyli sobie cokolwiek wyznać, ojciec, pomimo jej protestów, oddał ją innemu mężczyźnie. Wtedy po raz pierwszy usłyszała, że jest krnąbrną, nieposłuszną dziewczyną. I nie po raz ostatni. Ale nie chciała teraz przywoływać bolesnych wspomnień. Wolała natomiast wchłonąć w siebie słodycz tej chwili, w której ten obcy człowiek patrzył na nią tak inaczej. W jego oczach znalazła zrozumienie, którego już od lat daremnie szukała wkoło siebie. Wzruszyło ją to dogłębnie i choć w swym sercu nie umiała pojąć, dlaczego ona, dzierżąc dzban pełen źródlanej wody, chce prosić o wodę mężczyznę, którego spierzchłe wargi świadczyły o palącym go pragnieniu, zebrała się na odwagę i wyszeptała:

-Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać-

A wtedy on powiedział: - Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj!-

Tamar wzdrygnęła się na te słowa. W jednej chwili wezbrały w niej ból i cierpienie ostatnich dwudziestu lat życia. Co miała odpowiedzieć? Którego z mężów przyprowadzić? Miała mu tłumaczyć, że jako młoda dziewczyna niczego bardziej nie pragnęła jak być żoną, matką, a teraz nic bardziej jej nie ciąży. Tamar żonie zgodnie z prawem wręczono pięć listów rozwodowych, Tamar matce to samo prawo odebrało możliwość kochania zrodzonych dzieci. Dziś czuła do siebie tylko niechęć. Marzenia o jedności z ukochanym mężczyzną uskrzydlały jej dziewczęce lata. Wierzyła, że takie pragnienia muszą się ziścić, choć życie innych toczyło się niezrozumiałym dla niej torem. Pięć getów, starannie wypisanych, po to tylko, aby zgodnie z prawem mogła ponownie wyjść za mąż. Wcale nie chciała tego robić. Ale bała się nędzy. Nie chciała, jak wdowa chodzić za żeńcami w nadziei, że dostanie się jej przepisana prawem garść ziarna. Ojciec zresztą nie ustawał w szukaniu nowych konkurentów. W jego domu była tylko jeszcze jedną z gąb do wyżywienia. Już po drugim odesłaniu, wytykano jej to niemal przy każdej okazji. Nadzieja na to, że spotka kogoś, kto ją zrozumie, kto będzie cieszył się jej obecnością, komu będzie mogła postawić nurtujące ją pytania, i nie usłyszy w odpowiedzi: „Kobieto, po co ci to wiedzieć, idź do twych zajęć”, słabła z każdym dniem.

Nie rozumiała, dlaczego być kobietą oznaczało ciągle dławić uczucia w gardle, pytaniami wypełniać zamknięte usta, ukradkiem ocierać łzy, przez jedną trzecią życia uchodzić za nieczystą bez prawa wstępu do świątyni, nawet wtedy, gdy po bólach rodzenia całą sobą pragnęła dziękować Stwórcy, że żyje i ona i dziecko. I wreszcie na uśmiech męża zasługiwać tylko wtedy, gdy akuszerka obwieszczała: to syn. Kolejny syn, który jako dorosły mężczyzna, codziennie o świcie będzie dziękował Najwyższemu, że nie urodził się kobietą. Nie, nie potrafiła jak inne pokornie milczeć, po to, by w nurt kobiecych plotek i utyskiwań ulewać wzbierającą gorycz. Wierzyła, że mężczyzna i kobieta mogą być sobie przeznaczeni, w doli i w niedoli. Powodowana tą wiarą pytała, mówiła, wołała, krzyczała i... przyjmowała kolejny get rozwodowy. Co miała odpowiedzieć temu, który z taką słodyczą patrzył na nią?

Nie jest teraz sama. Niedawno Jan wprowadził ją pod swój dach. Nie jako żonę, to prawda, ale było jej wszystko jedno. Nie kochała go. On też jej nie kochał. Potrzebowała go tak, jak on jej potrzebował. Niechęci, jaką od dawna do siebie czuła, nie przekreśliłyby oficjalne, szóste z rzędu zaślubiny. Co miała odpowiedzieć temu, który nie odwracał jak inni wzroku i czekał cierpliwie, aż przemówi. Czy ma powiedzieć, że ma męża, skoro tak w głębi serca nie uważała za męża żadnego z tych, którzy wręczyli jej list rozwodowy. Łzy same pchały się pod powieki. Siłą woli wstrzymała je za ich zasłoną. Nie chciała żalić się nieznajomemu. Skuliła się tylko w sobie i ściśniętym głosem wyszeptała:

„Nie mam męża”- i niewidzącym wzrokiem wierciła w ziemi. Nie miała odwagi przekonać się, że i ten, którego miała przed sobą jest zdolny do pogardy.

Ale wbrew temu, czego się spodziewała, obcy tym samym miękkim głosem odrzekł:

„Dobrze powiedziałaś, miałaś, bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą”.

Słowa te raziły ją jak gromem. Podniosła na niego załzawione oczy. Chciała mu się przyjrzeć, dokładnie. Może był tu już kiedyś, może widziała go. Nie, nie mogła go widzieć. Zapominała często imiona, ale twarzy nigdy. Widzieli się po raz pierwszy, na pewno, a jednak wiedział...”A może to prorok”. Myśl ta zaskoczyła ją zupełnie. Wykwitła w niej tak niespodzianie. A jeśli prorok, to może powie... i nim dokończyła w sobie zawiązującą się myśl- rzekła;

„ Panie.... - Nieznajomy milczał, jakby przeczuwając, że myśli kłębią się w niej -Widzę, że jesteś prorokiem. - zaczęła i znów urwała. Przypomniała sobie z drażliwą wyrazistością swój ostatni poród. Był niezwykle ciężki. Pierwszy raz tak naprawdę bała się, że go nie przeżyje. A gdy trud jej dobiegł do szczęśliwego końca, serce wypełniła tak przemożna wdzięczność, że zapragnęła, jak tylko wróci nieco do sił pójść na górę i złożyć tam ofiarę dziękczynną. Ale po urodzeniu córki okres nieczystości był dwukrotnie dłuższy. Przykuta do łóżka pytała samą siebie, czy ten Bóg, który pobłogosławił jej potomstwem, też przez dwa miesiące uważa ją za niddę, której jak trędowatej nie wolno wstępować ani na Garizim, ani do świątyni w Jerozolimie? Zrodziło się w niej wtedy jeszcze jedno z „zakazanych” pragnień, aby jej własne serce było świątynią dla Tego, który jest dawcą wszelkiego życia.

Ośmielona wyczekującą postawą nieznajomego Tamar podjęła przerwany wątek:

-„Ojcowie nasi oddawali część Bogu na tej górze - to powiedziawszy zawiesiła głos i wyciągnęła rękę w stronę Garizim. Po czym ciągnęła dalej: „a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga”.

Odpowiedział jej na to: „Wierz mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali mu cześć w Duchu i prawdzie”.

Tamar słuchała z przejęciem. Chłonęła każde słowo jak wyschła ziemia chłonie poranną rosę, tak bardzo pragnęła odpowiedzi. Nie wszystko, co powiedział było dla niej jasne. Ale chciał, by mu wierzyła. Tak, pragnęła mu zaufać. Po raz pierwszy od lat chciała to uczynić nawet bez dogłębnego rozumienia, bez stawiania dręczących ją pytań. Wiedziała już, że przed tym nieznajomym nie musiała się bronić, jemu mogła, jemu chciała zaufać. Chowała w zanadrzu jeszcze coś, już nie pytanie, ale cząstkę swej kobiecej wiary, którą teraz zapragnęła się podzielić z tym, którego nie znała. Rzekła więc:

„Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy on przyjdzie objawi nam wszystko”. On wtedy zwrócił się ku niej w milczeniu, ogarnął ją spojrzeniem i dopiero wtedy powiedział: ”Jestem nim ja, który z tobą mówię”.

Porwało ją jakieś niezwykłe uniesienie. Oto stała przed Chrystusem. W pamięci rozbrzmiały jej głosy rozprawiających o Mesjaszu pobożnych Samarytan. „Gdy przyjdzie - zwykli mawiać- wyzwoli, nas. Z mocą rozgromi ciemiężców. Przyjdzie władny, potężny. Ziemia zadrży pod jego stopami. Rozgromi pysznych, podniesie ubogich”.

Czuła, że chcieli ukuć Go na własny obraz i podobieństwo. Nie, nie takiego Mesjasza pragnęło jej kobiece serce. W swej niedoli wyobrażała go sobie jako tego, który... -tu spojrzała na Jezusa...,- który jak ten, stojący przed nią mężczyzna, rozumie człowieczą nędzę. Jezus patrzył na Tamar, jakby nikt inny nie istniał na świecie. Wiedział, że cierpienie uczyniło z niej czarę, w którą można było wlać prawdę. Tamar stała przed nim, a jej serce przepełniały już nie wątpliwości, ale radość, co tryskała jej z wnętrza jak wulkan, całe ciało przejmując drżeniem, którego nie umiała opanować. Myśli jak wicher przelatywały jej przez głowę. Całe życie stanęło przed nią z taką wyrazistością jakby za chwilę miało zgasnąć, ale oto w jej świadomości zamiast smagającej ją od lat gęstwiny obrazów zaczęło rodzić się coś dziwnego. Jakiś pokój zalewał ją całą, pokój nieznany, którego fale obmywały przeszłe wspomnienia i ustawiały w nowym porządku. Po raz pierwszy te reminiscencje spajała ze sobą jakaś logika, sens jakiś. Naraz wszystko, co przecierpiała stało się jej drogie, konieczne, stało się dla niej bogactwem, perłą najcenniejszą. Stało się po raz pierwszy tworzywem, dzięki któremu mogła stać tu, przed tym człowiekiem jedyna, niepowtarzalna, i po raz pierwszy świadoma samej siebie. Jakby ktoś uwolnił jej wnętrze od tej siły, co spinała je przez lata bolesnym skurczem nierozumienia. Po raz pierwszy przyglądała się swemu życiu, które przetaczało się przez nią bez owego uczucia dławienia. Sens, który wplótł się w jej przeszłe cierpienie dał jej pojąć, że życie, którego dotąd nie umiała przyjąć, przywiodło ją tu - do studni, do Chrystusa.

Z burzy myśli wytrąciły ją głosy. Trzech mężczyzn szło w ich kierunku. Nie namyślając się długo obdarowała Jezusa pełnym wdzięczności spojrzeniem i na koniec rzekła: „Na imię mi Tamar”. Po czym pospiesznie, zapominając o dzbanie oddaliła się w stronę miasta.

Już w bramach zaczęła wołać do stojących tam mężczyzn: „Słuchajcie, słuchajcie widziałam Mesjasza”. Trudno było uwierzyć słowom kobiety. Uznali, że duch nieczysty pomieszał jej zmysły. Wszyscy z wyjątkiem Józefa syna Jana. Józef znał Tamar od lat. A przynajmniej widywał ją kiedyś często, bo ze swym piątym mężem mieszkała niedaleko jego rodzinnego domu. Nigdy nie widział na jej twarzy uśmiechu. Swe prawdziwe myśli chowała skrzętnie za zasłoną bólu, hardości. Przemykała między ludźmi, milcząca, zasklepiona w sobie, z obliczem ściągniętym smutkiem i zamyśleniem jakimś. Różne rzeczy o niej opowiadano, niejednego jej dzieje kłuły w oczy. Ale ludzie jak to ludzie, do każdej prawdy zmyślą jakąś bajkę, tak że po latach, już nie wiadomo gdzie prawda a gdzie ludzkie bajanie.

W rzeczywistości była ofiarą wojny i jej nieludzkich praw. Gdy po raz pierwszy wyszła za mąż, po upływie czasu przepisanego prawem wezwano jej męża do wojska. Nie wrócił, ślad po nim zaginął. Odczekawszy dwa lata Tamar ponownie wydano za mąż, za Szamaja. Zrodziła mu dwoje dzieci. Gdy w progach jej domu zamieszkał pokój, wtedy zawitał w nie jej pierwszy mąż wracający z niewoli. Nieszczęsna aguna została poddana bezlitosnemu wyrokowi: obaj mężczyźni musieli się z nią rozwieźć a na dzieciach drugiego prawo na wieki odcisnęło swe piętno. Uznano je za mamzerim. Gorycz zapuściła korzenie w jej sercu i już nigdy go nie opuściła. Potem był trzeci mąż. Ten znów zapodział się w wojennej zawierusze, by unieszczęśliwić ją swym powrotem, gdy zgodnie z prawem była żoną czwartego. Przyszły kolejne gety rozwodowe. W kilka miesięcy później ojciec wydał ją po raz piąty. Ale gdy przez dziesięć kolejnych lat jej łono zamknięte przez żałość nie wydało potomstwa, i ten rozwiódł się z nią, oczywiście zgodnie z prawem. Zamknęła się w swym nieszczęściu niczym w skorupie, czuła się zdradzona przez prawo i wyklęta przez ludzi, którzy je ukuli, bo już dawno przestała wierzyć, że dawcą tych nieludzkich przepisów może być On – źródło wszelkiego istnienia. I choć nie raz otarła się o myśl najciemniejszą, to wiara w Niego nie pozwoliła jej na powzięcie ostatecznego kroku, który jak sądziła, wyzwoliłby ją od rozpaczy.

Tylko swą uczynnością zjednywała sobie ludzką życzliwość pomimo wszystkich plotek, które o niej krążyły.

Teraz radość tak dalece odmieniła Tamar, że Józef ledwie ją poznał. Smutek, który zdawał się być na wieki przytwierdzony do jej bądź co bądź niebrzydkiej jeszcze twarzy, pierzchł gdzieś. Oczy jaśniały szeroko otwarte jakimś szczęściem. Józef nie bacząc, że inni nie zwracają na nią uwagi zapytał: „Czy wiesz, co mówisz kobieto?”

Wtedy ona chwyciła go za rękaw i uniesionym głosem zawołała: „Spotkałam go przy studni, gdy poszłam po wodę. Chciał pić, nie miał czerpaka. Choć jest Żydem, pierwszy zaczął rozmawiać ze mną, powiedział mi wszystko, wszystko, co uczyniłam. Wiedział nawet to, czego nikt poza mną nie wie. Idźcie, idźcie, jeśli się pospieszycie, może znajdziecie go jeszcze przy studni. Odpoczywał tam zmęczony drogą”.

Z jej ust płynął potok słów tak dźwięcznych, tak radosnych, że Józef zwrócił się do pozostałych. „Znam tę, kobietę i widzę, że musiało jej przydarzyć się coś niezwykłego. Jej radość najlepszym tego dowodem. Chodźmy z nią. Do studni niedaleko. Sami się przekonamy czy mówi prawdę”.

Tamar podeszła jeszcze do grupy kobiet kupczących nieopodal. Im także opowiedziała, co ją spotkało. One widząc, że przekonała już mężczyzn stojących w bramie dołączyły do niej. Tamar opanowało już tylko jedno pragnienie, aby wszyscy, wszyscy mogli doświadczyć tego, co ona. Nie zwlekając więc, podążyli przez pola w kierunku studni.

Gdy Tamar kierowała się pospiesznie w stronę miasta Piotr widząc ją zawrzał gniewem. Zresztą Jan i Jakub też nie kryli oburzenia. Tego jeszcze nie było, żeby pobożny Żyd, uczony w piśmie, czy Rabbi rozmawiał z kobietą. A ta..., toż to Samarytanka. Wstydzili się za niego. Piotr rozejrzał się po okolicy, ale na szczęście nie było żywego ducha z wyjątkiem oddalającej się spiesznie kobiety i Jezusa, który nadal siedział na studni. Podejrzliwość Piotra wzmógł fakt, że mieszkanka Samarii odeszła, jak tylko ich ujrzała.

-To my- burzył się,- zmęczeni jak mało kiedy, pędzimy do miasta, by mógł jak najwcześniej się posilić, a on rozprawia tu z jakąś przybłędą. Czegóż tu szukała w samo południe. Dlaczego nie przyszła z rana, tak jak wszystkie inne. Na dodatek zostawiła dzban, jakby wcale nie o wodę jej chodziło. Boże- a ja chodzę za tym człowiekiem, który gdzie tylko może sieje zgorszenie”- wyrwało mu się na tyle głośno, że usłyszeli to dwaj pozostali.

Nie zaprzeczyli. Ich także ogarnęło przygnębienie. Ale żadnemu z ich nie starczyło odwagi, aby dać upust zdziwieniu. Tymczasem Jezus zwrócił się ku nim. Na jego twarzy malowała się radość. Nie pierwszy raz go takim widzieli. Promieniał podobnie jak wtedy, gdy zostawili sieci, aby pójść za nim. Zawsze będą pamiętać wyraz jego twarzy rozjaśniony tym szczególnym rozradowaniem. Tak cieszyli się pasterze, gdy odnaleźli zagubioną owcę. O nic go jednak nie chcieli pytać, zwłaszcza, że wszczęcie dyskusji w tym momencie, nikomu nie było na rękę. Byli tak głodni, że myśleli już tylko o jedzeniu. Piotr rozesłał swój płaszcz na ziemi. Jan powykładał ser, wino, oliwki, poćwiartowany melon i prażone placki jęczmienne. Ale niespodzianki się nie skończyły. Gdy po błogosławieństwie, Jakub podał Jezusowi placek z kawałkiem sera, prosząc go, by jadł, on zamiast wziąć, powiedział: „Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie”. Jan ściszonym głosem zwrócił się do Jakuba: „Czyżby mu kto przyniósł coś do zjedzenia?” Piotr słysząc to, pełen żalu zawołał: „Jak to, nie zaczekałeś na nas?”

Ale Jezus milczał. Dopiero po chwili, nie zwracając uwagi na ich oburzenie ciągnął dalej: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę tego, który mnie posłał, i wykonać jego dzieło”. To powiedziawszy podniósł się i spojrzał w kierunku Sychem. Dopiero po dłuższej chwili znów odezwał się: „Chodźcie i popatrzcie”. Radzi, nie radzi niewiele rozumiejąc z tej mowy zbliżyli się do niego, a on wyciągnął rękę na północ i zapytał: Czyż nie mówicie: „Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa?” A gdy Piotr twierdząco skinął głową, Jezus rzekł: „Podnieście oczy i popatrzcie na pola jak bieleją na żniwo”. Choć wkoło po pszenicy i jęczmieniu już od tygodni nie było śladu a źdźbła jarych zbóż ledwie wychynęły swe główki znad skib, nie śmieli mu przerywać. Po jego głosie poznali, że chce im przekazać coś ważnego. Starali się, zatem nie uronić ani słowa: „Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu, bowiem okazuje się prawdziwe powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili, a w ich trud wyście weszli”.

Dopiero wówczas ujrzeli wśród pól sporą grupę ludzi, zmierzających w ich kierunku. Na czele szła Samarytanka, która przed godziną odeszła od studni. Jezus, gdy ją ujrzał, rzekł do uczniów: „To Tamar, spójrzcie, kogo wam prowadzi”. Promieniał. Gdy dotarli, kobieta zawołała do Jezusa: „Panie przemów do nich, aby i oni uwierzyli, że jesteś tym, na którego czekamy”. Usiadł więc i zaczął do nich mówić. A słowa jego poiły jak woda ich spragnione serca. Prosili go, aby z nimi pozostał. W domu tego, który ich gościł od rana do późnej nocy gromadzili się mieszkańcy miasta i okolic. Jezus i jego uczniowie niestrudzenie odpowiadali na zadawane im pytania. Choć jego nauczaniu nie towarzyszyły widome znaki, wielu Samarytan uwierzyło w niego. Do Tamar, która trwała przy nim przez cały ten czas, mówili: „Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że on prawdziwie jest Zbawicielem świata”.

Uczniowie zrozumieli wtedy znaczenie jego słów o siewcy i żeńcach. I dziwili się, że tu, wśród pogan, gdzie Rabbi nie dokonał cudów, żniwo było tak wielkie. Dziwili się, że nie któregoś z nich, ale właśnie tę kobietę posłał, by przygotowała mu drogę. Pomimo owoców jakie zrodziło świadectwo Tamar, nie potrafili przejść obojętnie nad przepisem, które wyraźnie zakazywał rozmów z kobietami. Natłok wątpliwości zaćmiewał radość tego niecodziennego wydarzenia. Czuli jednak, że kluczem do wyznania wiary w Mesjasza, tu w Sychem, było życie tej kobiety. Przecząc zdrowemu rozsądkowi, zawieszając na moment działanie wszechobecnego prawa, postanowili zwrócić się o wyjaśnienia do Samarytanki, która tak dalece burzyła pokój ich myśli. Posłali Jana, aby ją zagadnął. Znalazł ją siedzącą przy Jezusie. Zasłuchana wpatrywała się w niego, nie chcąc uronić ani słowa z tego, co mówił. Chciał przywołać ją skinieniem ręki tak, aby nie ściągnąć na siebie wzroku Jezusa. Ale nim podniósł dłoń, Jezus zwrócił się do Tamar. Idź, moi uczniowie chcą z Tobą mówić. Jan zmieszany jak nigdy dotąd nie bąknął ani słowa, wskazał tylko siedzących w kącie Jakuba i Piotra. Tamar przysiadła się do nich. Piotr ośmielony spokojem płynącym z jej oblicza poprosił, aby opowiedziała im swoje spotkanie z Jezusem. Spuściła zwilgotniałe oczy. Nie chciała zdradzić rozpierającego ją wzruszenia. Ten, którego spotkała przy studni, ten, który pierwszy poprosił ją o wodę, sprawił, że ona Samarytanka mogła teraz dzielić swą radość z siedzącymi przed nią Żydami.

Po chwili ciszy lekko rozedrganym głosem zaczęła....Zbliżało się południe....


Maria Nowak
BEST GROUP